Małopolskie ferie ze sztuką. Historie w obrazach nie tylko dla dzieci

Ciemna sala wystawowa o ścianach w kolorze morskim, punktowe światło eksponuje obrazy zawieszone wzdłuż ścian. Po prawej stronie
Muzeum nie musi być nudne. Rodzicu, pokaż dziecku małopolskie dzieła sztuki.

Nie funduj dziecku nudnego maratonu, podczas którego nie będzie mógł na dodatek dotknąć eksponatów. Można przecież zachęcić do sztuki bez zaliczania kolejnych muzealnych sal, bez gonienia od galerii do galerii, od wystawy do wystawy. Po co fundować młodym przepalenie twardych dysków, niesmak i niechęć. Z takich zawodów zostaje potem tylko mętlik w głowie i anegdoty. Jak ta, kiedy na pytanie nauczyciela, jakie słynne dzieło Leonarda da Vinci widziało dziecko w Pałacu Książąt Czartoryskich w Krakowie pada odpowiedź, że „Damę z pieskiem”. Tak jednak być nie musi. Można pokazać synowi czy córce dzieła wybrane, choćby 10 najlepszych obrazów w Muzeum Narodowym w Krakowie, lub najpiękniejsze pejzaże pokazujące Kraków. Dodać do tego opowieść o historii obrazu i artyście. O kontekstach i tradycji. My przygotowaliśmy dla Państwa „ małopolską złotą piątkę”. Możecie iść tym tropem lub poszukać własnego klucza. Zapraszamy.

Kraków. Galeria Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach.

Obraz: Wernyhora.

Autor: Jan Matejko

Czy stworzyła go ludowa legenda, czy może istniał naprawdę? Kim jest starzec kozacki z obrazu Jana Matejki „Wernyhora”, który możecie obejrzeć w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku? Szaleńcem, żebrakiem, prorokiem czy lirnikiem? A może każdym po trochu. Jego proroctwa o rozbiorach Rzeczypospolitej działają na wyobraźnię i poetów, i malarzy. Jan Matejko zaczął malować obraz w latach 70. XIX wieku. W momencie zaostrzenia się na Ukrainie stosunków między Rusinami i Polakami. Spójrzcie na postać Wernyhory, mężczyznę odzianego w purpurę, z krzyżem wschodnim na piersi, będącego w ekstazie. Jakby właśnie zobaczył coś przerażającego, złą wróżbę. To obraz pełen symboli, bo Wernyhorę niesie Ukrainka i Kozak. Pod jego stopami dojrzycie lirę korbową, która jest symbolem wspólnej ukraińsko-polskiej pieśni i dziedzictwa. U stóp ukraińskiego wieszcza dwie kontrastujące postaci: dziecko, symbolizujące niewinność oraz ubrany na czarno mnich prawosławny.

To jedno z wielkich dzieł Jana Matejki, twórcy narodowej szkoły malarstwa historycznego. Ten urodzony w Krakowie mistrz postanowił swymi dziełami budzić serca Polaków, dawać wiarę w odrodzenie niepodległej Polski. Jego autorski styl, w którym kreował postaci heroiczne, pełne ekspresji, jest niepowtarzalny. Stanisław Witkiewicz pisał, że stworzył specyficzną rasę ludzi naznaczonych heroizmem i niezłomną wolą. I sam też był niezłomny. Dbał o Kraków, o zabytki. Potrafił walczyć. Na znak protestu, kiedy rajcowie miejscy podjęli decyzję o zburzeniu XIV-wiecznych zabudowań szpitala św. Ducha, oddał dyplom honorowy Obywatela Miasta Krakowa. Co ciekawe, jak na tak wielkiego artystę był czułym ojcem i kochającym mężem. Gdy Tadzio chorował na koklusz to stroskany ojciec opisywał w listach swojej żonie Teosi ze szczegółami, co się z synkiem dzieje, ile ma na przykład paroksyzmów na minutę. Dbał też o zwierzęta. Gdy ich pies Dogy zachorował, Matejko biegał po trzech weterynarzach, którzy wówczas praktykowali w Krakowie i szukał u nich pomocy.

Zakopane. Muzeum Tatrzańskie.

Obraz: Portret Neny Stachurskiej.

Autor: Stanisław Ignacy Witkiewicz – Witkacy

Niewinne i demoniczne. Subtelne i niebezpieczne. Takie kobiety wybierał za swoje modelki ten skandalista i ekscentryk, wszechstronny artysta, który mówił o sobie: „Możliwe, że jestem i byłem zawsze wariatem, ale nie chcę zamienić tego na żadną przytomność”. I portretował je z wielka pasją, czasami wynaturzając, przerysowując, podkreślając ich nienaturalnie jakąś cechę, czy wydobywając na światło dzienne to, co zwykle pozostawało w cieniu. Do malowania potrzebował ciszy i filiżanki herbaty, czasami czegoś mocniejszego. I potrzebował kobiet. Takich jak Nena Stachurska. Spójrzcie na ten portret, na uważne oczy Neny, zaciśnięte usta, bluzkę zapiętą pod szyją niczym uczennica. Na tę dziewczynkę nieco nadąsana, na tę nieco złą kobietę. Co się kryje w tych wielkich przerysowanych oczach? Kim jest muza człowieka, który należał do najważniejszych postaci Zakopanego i współtworzył jego legendę? Kim jest dziewczyna, która pozuje Witkacemu, malarzowi, ale i filozofowi, pisarzowi i dramaturgowi.

Sam opisywał ją w ten sposób: „Rysopis: Oczy – śliczne i nieprzytomne, zresztą niebieskawe, źrenice bardzo rozszerzone. Nos – jak to teraz mówią »falisty« Usta – jadowito uśmiechnięte, ale względnie dobrze narysowane, choć nieco miejscami, pod względem wywinięcia à la Van Dyck, przesadzone (oczywiście jak na dzisiejsze czasy)/ Włosy – niemożliwie wijące się/ Owal – umiarkowany/ Wzrost – mierny, ale nie mizerny/ W ogóle tak, ale po co o tym gadać”. Pierwszy raz zobaczył ją jak miała osiem lat i bawiła się z córką Ireny Solskiej (mama Neny była jej opiekunką), a później spotykał ją w Towarzystwie Teatralnym. Wszystko zaczęło się, kiedy pojawiła się w jego pracowni; tak powstał pierwszy portret i kolejne. W sumie kilkadziesiąt, niektórzy mówią 88, inni ponad setka. Na każdym Nena jest inna, niepowtarzalna, raz ładna, raz brzydka, raz przerażająca, raz niewinna.

Co wiemy o Nenie Stachurskiej, właściwie o Jadwidze Stachurskiej? Mieszkała w Zakopanem od 1913 roku z matką i siostrą, która wyszła za mąż za Tadeusza Zwolińskiego, który prowadził w Zakopanem prestiżową księgarnię. Nena pracowała w niej i – jak pisze Maciej Pinkwart - przyciągała swą urodą klientów. Z Witkacym połączył ich romans, razem chodzili w góry, na narty, do znajomych, jeździli na wycieczki samochodowe. Pisali do siebie listy. Nena pali je wszystkie przed swoją śmiercią. Historie innych muz i i więcej obrazów Witkacego można znaleźć w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem.

Krynica-Zdrój. Muzeum Nikifora.

Obraz: Autoportret potrójny.

Autor: Nikifor Krynicki

Czy rzeczywiście na tym obrazie Nikifor uwiecznił w trzech postaciach samego siebie? Czy może jest tylko tą największą i najważniejszą postacią, a po bokach towarzyszą mu inni malarze. Jak pisze Zbigniew Wolanin, nie mniej ważni, bo przysługuje im prawo do noszenia mitry, nakrycia głowy będącego znakiem godności chrześcijańskich dostojników kościelnych. Tej tajemnicy już nigdy nie rozwiążemy. „Autoportret potrójny” - tytuł tego dzieła, utrwaliła literatura i tak zapisał się w historii malarstwa. Uchodzi za jedno z ważniejszych dzieł krynickiego mistrza. Kompozycja, jak piszą krytycy, sięga do wzorów religijnego malarstwa zaczerpniętego ze studiów Nikifora nad dziełami, które oglądał w cerkwiach. I to, że w „Autoportrecie potrójnym” dał sobie prawo noszenia mitry nie powinno dziwić. Wierzył, że i on, Artysta przez duże „A”, tak jak święci z ikonostasów, wykonują w życiu ważną misję. Był z nimi w jakiś sposób nawet zaprzyjaźniony.

Kim był Nikifor? Analfabetą i geniuszem. Synem upośledzonej kobiety, sprzątającej w krynickich pensjonatach, który wystawiał swoje dzieła w Paryżu. Bezdomny, którego prace na równi pokazywano obok Jerzego Nowosielskiego, Tadeusza Brzozowskiego i Jana Lebensteina. Łemkiem i malarzem, to na pewno. Urodził się w Krynicy i Krynicę kochał. Bo tu przecież postanowił, że będzie „Matejką z Krynicy”. Tu doskonalił swój warsztat, pracował nad kolorystyką dzieł, stąd wyruszał w swoje podróże, ale zawsze powracał. Kochał jeździć pociągiem. Zwykle bez biletu, stąd też często kończyły się one nagłą wysiadką gdzieś na nieznanej stacji. Rysował na papierze pakunkowym, pudełkach po papierosach, a farby rozrabiał śliną. Byli tacy, którzy dopatrując się w tej dość ekstrawaganckiej technice źródeł doskonałej kolorystyki Nikifora, próbowali go naśladować. Historię gruźlika i nędzarza, który siadywał na murku krynickiego deptaka, często przeganiany i wyszydzany, a dziś zaliczany do grona najwybitniejszych na świecie malarzy tzw. naiwnych, prymitywistów, pięknie opowiada Muzeum Nikifora.

Tarnów.

Muzeum Okręgowe w Tarnowie, Galeria „Panorama”.

Obraz: Panorama Siedmiogrodzka.

Autor projektu: Jan Styka

Historia jest niemal sensacyjna, bo przecież rzadko się zdarza, że autor tnie swoje dzieło na kawałki i sprzedaje jako osobne obrazy sztalugowe. Ale tak właśnie było z „Panoramą Siedmiogrodzką”. Posłuchajcie tej opowieści. Obraz zamówiony został przez Węgrów z okazji pięćdziesiątej rocznicy obchodów wiktorii – zdobycia Sybina przez powstańców węgierskich, na czele których stał Józef Bem. Powstawał pod kierunkiem Jana Styki w tym samym miejscu, w którym malowano Panoramę Racławicką – Parku Stryjskim we Lwowie. Nawet wymiary oba dzieła miały identyczne – 120 metrów obwodu i 15 metrów wysokości. Pracowali przy niej artyści polscy, węgierscy i jeden malarz niemiecki. Panoramę pokazywano we Lwowie, z wielką pompą została zaś odsłonięta w 1898 roku w Budapeszcie. Co się stało że nagle to wielkie płótno zostało poszatkowane na 60 kawałków? Podobno strona węgierska nie zapłaciła Styce i siedmiu innym autorom oleju. Wkurzony Styka wziął je pociął, oprawił, podpisał swoim nazwiskiem i tak rozeszły się po świecie. Są w prywatnych rękach, w galeriach i w muzeach.

Muzeum Okręgowe w Tarnowie postanowiło fragmenty Panoramy Siedmiogrodzkiej odszukać i w miarę możliwości, ze względu na pamięć generała Józefa Bema, sprowadzić do Tarnowa. Poszukiwania trwają od wielu lat. Ostatnio Muzeum odnalazło i zakupiło do swojej kolekcji ważny fragment Panoramy. Kosztował 116 tysięcy złotych. Możecie go obejrzeć w „Galerii Panorama” na Dworcu Kolejowym w Tarnowie. Zobaczcie, to moment zaprzęgania koni. Robią to dwaj żołnierza, zaś za nimi, w oddali widać w tumanach bitewnego pyłu węgierskich huzarów. To scena która rozgrywa się blisko sztabu generała Bema, choć nieco z tyłu. Oprócz tego fragmentu w „Galerii Panorama” obejrzycie też 22 inne fragmentu wielkoformatowego dzieła. A kim był Jan Styka? Malarz ten studiował między innymi pod kierunkiem Jana Matejki. Po skończeniu krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych wrócił do Lwowa, gdzie się urodził. Był specem od obrazów historycznych, religijnych, batalistycznych. W swoim życiu wykonał cztery Panoramy; Wraz z Wojciechem Kossakiem Panoramę Racławicką, Panoramę „Golgota”, która jest uznawana za największy obraz o tematyce religijnej na świecie, Panoramę „Męczeństwo Chrześcijan w Cyrku Nerona” i tę, o której teraz czytasz, „Panoramę Siedmiogrodzką”.

Miechów.

Biuro Wystaw Artystycznych „U Jaksy”. Galeria Stefana Żechowskiego.

Obraz: Marsz żałobny Chopina

Interesuje go kobieta, śmierć, a także proces twórczy. Ale proces, który związany jest z cierpieniem. Dlatego bierze kredkę i tworzy czarno-biały rysunek Chopina przy fortepianie. Nie znajdziecie na nim radości tworzenia, ale mękę twórczą. Pochylona wychudzona sylwetka, blada przejmująca twarz, półmrok, który rozświetla płomień świecy i ból. Tytuł dzieła „Marsz żałobny Chopina” podpowiada, co gra, a może co właśnie tworzy wielki kompozytor. Chopin skomponował utwór 28 listopada 1837 roku, czyli w wigilię rocznicy wybuchu Powstania Listopadowego. Jest przejmujący. Węgierski kompozytor i pianista Franz Liszt, gdy go wysłuchał powiedział: to „pochód narodu pogrążonego w żałobie, opłakującego własna klęskę”. I właśnie ten moment i te emocje uwiecznił Stefan Żechowski. Artysta, który przenosił ludzi w światy nieziemskie. W krainy marzeń, onirycznych wzniesień, ballad, ale też pokazujący rozdartą duszę artysty. Rysunek obejrzycie w Miechowie, w Domu Pracy Twórczej, wśród innych dzieł tego artysty, syna małorolnego chłopa obdarzonego niebywałą wyobraźnią. Mistrz ilustracji i skandalista, który o swojej twórczości mówił: „Wyśniłem własną sztukę”. To twórca, który wcześniej, za ilustracje do książki „Motory” Emila Zegadłowicza, skonfiskowaną przez cenzurę, został oskarżony o niemoralność i antypaństwowość. W Galerii „U Jaksy” można obejrzeć unikatowe prace Żechowskiego, przekrojowo ukazując tematy podejmowane przez niego na różnych etapach życia.

Multimedia