Andrzej Betlej: Wawel zawsze był modny

Wawel
Każdy ma go w swoim DNA. Nie da się Wawelu wymazać, bo jest symbolem, muzeum, ale i miejscem wspólnym wszystkich Polaków. Świętą Górą. – Czytamy Wawel na nowo i pokazujemy się. Otwieramy. Dlatego trzeba tu wracać, niezależnie czy ktoś myśli o Wawelu jak o muzeum, miejscu, czy o rezydencji. Tu cały czas tworzy się historia na różnych poziomach – mówi Andrzej Betlej, dyrektor Zamku Królewskiego na Wawelu. 

 

 

Pamięta pan swój pierwszy raz na Wawelu?

Ten świadomy raz to rok 1983 i zwiedzanie wystawy jubileuszowej z okazji 300-lecia odsieczy wiedeńskiej. Mama mnie zabrała, miałem wtedy 12 lat.

Co w panu z tej wystawy zostało?

Wspomnienia się trochę zatarły, ale na pewno zbroje, namioty, tłum. No i zapamiętałem atmosferę udziału w czymś podniosłym, wyjątkowym, odświętnym.

Kiedy pan pomyślał, że może mieć koło takich wystaw jak Odsiecz swój dyrektorski gabinet?

Dziś  dostrzegam kilka tropów prowadzących mnie do tego miejsca. Kolejnym, po Odsieczy, było wydarzenie  z 1988 roku, kiedy już uczyłem się w liceum. Wawel organizował wówczas konkurs o arrasach, a szkoły typowały uczniów, którzy mieli coś o nich napisać. Wówczas po raz pierwszy byłem w sali konferencyjnej z świetnymi dizajnerskimi meblami zaprojektowanymi specjalnie dla tego miejsca przez Mariana Sigmunda. Zrobiła na mnie spore wrażenie, podobnie jak Magdalena Piwocka, która wówczas opowiadała o arrasach. Potem poszliśmy do zamkniętej części na pierwszym piętrze, gdzie wsiały arrasy, co było dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Kolejnym tropem był profesor Jan Ostrowski, dyrektor Wawelu, który jest moim nauczycielem, u niego napisałem pracę magisterską, potem doktorską. Tu w gabinecie dyrektorskim zdawałem egzaminy, tu często przychodziłem także współpracując z Nim prowadząc badania nad zabytkami na dawnych kresach. Krok po kroku szedłem więc do tego miejsca. Co zabawne, kiedy zostałem dyrektorem, salę konferencyjną, którą przekształcono w magazyn, przywróciłem do dawnej funkcji, a współkuratorką wystawy „Wszystkie arrasy króla” została Magdalena Piwocka.

Miejsce zmienia perspektywę?

Byłbym hipokrytą, gdybym dwa lata temu, odchodząc z Muzeum Narodowego nie powiedział, że się cieszę, i byłbym hipokrytą gdybym nie powiedział, że bardzo mi żal.  Muzeum w Krakowie bardzo dużo mnie nauczyło, dzięki tam spotkanym wspaniałym przyjaciołom zdobyłem doświadczenie i wiedzę, od wielu osób, które znacznie dłużej tam pracowały. Wiele rzeczy udało mi się tam zrobić, na przykład otworzyć po niemalże dziesięciu latach Muzeum Książąt Czartoryskich, co było dość trudnym przedsięwzięciem. Zrobiliśmy to w grudniu 2019 roku, a 2 stycznia 2020 zameldowałem się już na Wawelu. Te instytucje są całkiem inne, o całkiem innym ładunku historycznym, emocjonalnym, nie wspominając o kwestiach artystycznych. Profil Muzeum Narodowego jest profilem typowo artystycznym, a Zamek Królewski na Wawelu to muzeum – rezydencja, ma całkiem inny charakter zbiorów, bardziej pasujący  do moich zainteresowań naukowych, bo jestem nowożytnikiem, zajmuję się sztuką od XVI do XVIII wieku. Ma wielką rangę i wielki ładunek emocjonalny. Muzeów Narodowych jest w Polsce chyba z jedenaście, Zamek Królewski na Wawelu jest jeden. To całkowicie zmienia perspektywę.

Na dodatek każdy Polak ma w swoim DNA Wawel, jak pan powiedział?

I będę powtarzał, choć jest to oczywiste. Nie da się z naszej pamięci zbiorowej wykasować Gniezna, Chrobrego, Westerplatte czy Grobu Nieznanego Żołnierza. Wawelu też się nie da. Są takie miejsca, znaki o bardzo wielkiej wadze i tu mamy z takim znakiem do czynienia. Niektórzy z przekąsem mówią o tym miejscu, gdzie teraz siedzimy, Święta Góra. Ale to naprawdę jest święta góra. U prof. Franciszka Ziejki powstał fenomenalny doktorat tak właśnie zatytułowany, a jeden z najwybitniejszych znawców Krakowa prof. Jacek Purchla choć używa tego sformułowania z uśmiechem, to jednak całkiem poważnie. I trzeba na tej świętej górze odnaleźć nie tylko to, co buduje i tworzy sacrum, ale także szukać możliwości rozwoju, pełnej, stałej obecności we wszystkich obszarach wydawniczych, kulturalnych. Wawel to muzeum, ale też muzeum i miejsce wspólne.

Ta świętość i waga ciąży?

Może czasami stanowi ograniczenia, ale jest szansą. Wyzwaniem i potencjałem. Świętość może się realizować na wiele sposobów.

Ulegać modom czy zachować tożsamość?

Wawel był i jest modny. Od samego początku, kiedy powstał jako modna renesansowa rezydencja, aż do dzisiaj. Zawsze był tyglem; wówczas kiedy pełnił funkcję rezydencji królewskiej, także później od końca XIX przez początek XX wieku; kiedy odbywały się tu rozbudowy, koncerty, wielkie wydarzenia. Tu tętniło życie; dla Wawelu swoje projekty przygotował Wyspiański, tu swe konserwatorskie wizje wcielał  Adolf Szyszko Bohusz. I to życie obejmowało też muzeum, choć nie zawsze było o tym dostatecznie głośno. Ale przecież nawet wystawa, od której zaczęliśmy rozmowę – o odsieczy wiedeńskiej, była nie lada wydarzeniem. I choć może nie stanowi mitu założycielskiego, punktu odniesienia,  to mieliśmy po drodze kilka wydarzeń, które uchodziły za głośne i ważne.  Oczywiście, Wawel to miejsce reprezentacyjne, gdzie odbywają się spotkania na najwyższym szczeblu. Tu mają miejsce wielkie konferencje, wystawy, koncerty. Ale jednocześnie - cały czas rozbudowywany jest program edukacyjny i zwiększanie krok po kroku aspektów dostępności. Tworzenie wystaw, które są mądre, znaczące, ale jednocześnie atrakcyjne.

Nowy skarbiec robi spektakularne wrażenie! 

Jest niezwykły, a nie było to wcale takie proste, by wywoływał takie właśnie reakcje.  Powiedzmy sobie wprost, sztuka współczesna jest akceptowalna, atrakcyjna, modna. Trudniej „zarazić” ludzi dawniejszą historią, trudniej to „sprzedać”. I to jest duże wyzwanie. Tak było przy arrasach, które przecież na Wawelu zawsze były (w części) eksponowane w komnatach. Ale efekt zdumienia i zachwytu wywołała dopiero wystawa, na której pokazaliśmy je wszystkie. Skarbiec przed remontem też istniał, ale nagle ludzie zobaczyli skarby jakie są tam zgromadzone. Ten sam płaszcz Jana III Sobieskiego, który też był eksponowany, dziś jest na ustach wszystkich, którzy zwiedzają Wawel. Przestrzeń się poszerzyła, ale nie tylko. Często słyszę, że wystawa jest dobra, bo broni się poprzez obiekt. Ale to jest tylko połowicznie prawda.  Ale w momencie jeśli te obiekty nie stanowią kanwy dla opowieści to są tylko zbiorem. Proszę zobaczyć na ten tryptyk autorstwa Jacka Malczewskiego. Są to trzy obrazy wiszące koło siebie, równie dobrze mogłyby tak wisieć w magazynie muzealnym. Ale jest tu coś jeszcze – mianowicie opowieść o Wawelu. Po lewej stronie na obrazie jest Leon Piniński, który ofiarował cenne kolekcje Wawelowi, pośrodku jest Sławomir Odrzywolski, architekt, który projektował i restaurował zamek (jak i Katedrę), a po prawej Jerzy Mycielski, który również swoje zbiory podarował Wawelowi. To „coś” co sprawia, że nie są zbiorem to właśnie narracja, historia.

Ile razy trzeba odwiedzić Wawel?

Tyle ile się da, ile się ma możliwości, bo Wawel się zmienia. Otwierają się nowe miejsca, trasy, nawet te pomieszczenia, które wydają nam się znane, nagle mają całkiem inny charakter. Kiedy pani była ostatni raz?

Oglądałam Skarbiec po otwarciu.

A weszła pani na drugie piętro.

No nie.

To proszę to zrobić, zaręczam że się pani zdziwi. Czytamy Wawel na nowo i pokazujemy się. Tak, jak napisałem w swoim programie, Wawel powinien być bardziej otwarty. I takie właśnie hasło #wawelotwarty z hasztagiem na początku, które paradoksalnie w czasie pandemii i w ciągu kolejnego roku z uporem maniaka propagowaliśmy. I szło za nim mnóstwo różnych działań organizacyjnych, strukturalnych, które miały te drzwi Zamku jak najszerzej otworzyć, nie bać się. I to cały czas się dzieje. W ostatni weekend wakacji Zamek Królewski zaprasza na pierwszą edycję festiwalu „Wawel jest Wasz”, który  nawiązuje do tradycji dworu Jagiellonów jako miejsca otwartego na kontakty międzykulturowe i artystyczne, będziemy tu mieli warsztaty filmowe, spotkania między innymi z reżyserem i twórcą zdjęć Sławomirem Idziakiem, będzie rysowanie komiksu i muzyka ambient. Niedługo pojawi się na wewnętrznym dziedzińcu nowoczesna instalacja artystyczna, ale osadzona  jak najbardziej w całej tradycji Wawelu. Wawel tętni, jest życiem. Dlatego trzeba tu wracać, niezależnie czy ktoś myśli o Wawelu jak o muzeum, miejscu, jako rezydencji. Wawel cały czas tworzy historię na różnych poziomach.

Powyciągał Pan z magazynów trochę rzeczy. Dużo tam jeszcze zostało?

Sporo, także takich, które czeka konserwacja, czego się nie da przyspieszyć. Ale też mamy, o czym mało kto wie kolekcję sztuki współczesnej, więc może kiedyś zrobimy wystawę Sztuka współczesna po 1945 roku ze zbiorów własnych? To są dzieła, które nie tworzą jednorodnej całości, ale można coś z nich zbudować. Wawel ma niewiarygodny potencjał, który trzeba cały czas rozwijać. Nasz kolekcja cały czas się poszerza i są to dzieła z najwyższej półki. Prawdziwe arcydzieła.

Jak to się stało, że Wawel nie ucierpiał w trudnych czasach pandemii?

To zasługa ludzi, którzy są oddani temu miejscu i naszemu podejściu; nie boimy się podejmować wyzwań, ryzykować. Chcemy by Wawel na ustach wszystkich, jako to miejsce do którego warto przyjść. Udało nam się przeprowadzić dwie wielkie inwestycje, przygotować ekspozycje, zrobić wystawy, które ludzie chcą zwiedzać. Jeszcze nie skończył się sierpień, już przekroczyliśmy milion widzów, choć przez pierwsze sześć miesięcy tego roku byliśmy niemal zamknięci. To pokazuje, że jest zapotrzebowanie na Wawel.

Turysta się zmienia?

Bardzo. Rok 2019 to mniej więcej 70 procent turystów zagranicznych, 30 proc. Polaków, głównie grup. Rok 2021 to 30 proc. grup zagranicznych i 70 procent Polaków. W 2022 nie ma powrotu do 2019, jest mniej więcej pół na pół. Są grupy z zagranicy i są Polacy, coraz częściej indywidualni. Sporo osób przyjeżdża, bo słyszą, że coś się zmieniło. Na wystawę arrasów zjechali ludzie z całej Polski, na „skarbiec” mamy rezerwacje daleko do przodu, choć to wystawa stała. Znam ludzi, którzy oglądali ją już cztery razy. Wawel to nie jest to kwestia obowiązku, ale tego, że ludzie chcą; chcą rzeczy nowych i atrakcyjnych i je dostają. Mamy na nowo zaaranżowany Zamek i dwie świetne wystawy, na listopad, miesiąc darmowy w rezydencjach też szykujemy coś specjalnego.

Na koniec zapytam: Pana ulubione miejsca?

Uwielbiam Salę Senatorską, Gabinet Holenderski. Bardzo dobrze się odnajduje w nowym Skarbcu,  lubię taras Szyszko Bohusza. No i te wszystkie wąskie przejścia, klatki schodowe, zaułki. Mógłbym długo wymieniać, ale łatwiej mi powiedzieć, że ja po prostu lubię Wawel. Przez pierwsze dwa lata, kiedy pytano mnie, gdzie lepiej, w Muzeum Narodowym czy tutaj, odpowiadałem dyplomatycznie. Wracając z Paryża, w lutym tego roku, gdzie podpisałem umowę dotyczącą kupna między innymi Pietera II Brueghla zostałem  znienacka zaskoczony tym samym pytaniem. Ale już nie miałem wątpliwości, co odpowiedzieć. 

 

Multimedia